Tragedia nauki

Skrót artykułu Clifforda D. Connera, autora książek „Ludowa historia nauki” i „Tragedia nauki amerykańskiej”.

Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku określanie nauki mianem tragedii wydawałoby się czymś osobliwym dla większości ludzi. Jej reputacja była wtedy nieposzlakowana. Niemal każdy oczekiwał, że nauka rychło i definitywnie uwolni ludzkość od wszelkich problemów i ograniczeń.

Ten łagodny, romantyczny wizerunek został roztrzaskany podwójnym uderzeniem podczas II wojny światowej. Po horrorze nazistowskiej nauki rasowej sprzężonej z technologią ludzkiej eksterminacji nadeszła era nuklearna zapoczątkowana natychmiastowym zwęgleniem ponad stu tysięcy mieszkańców dwóch japońskich miast. J. Robert Oppenheimer, jeden z twórców bomby atomowej, sugestywnie opisał złowieszczą ciemną stronę nauki cytatem z hinduskiej świętej księgi: Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów.

Korzenie tragedii

Najgorsze z tragicznych owoców współczesnej nauki to proliferacja i stosowanie broni masowego rażenia oraz destrukcja środowiska życia Ziemi. Wyrosły one ze wspólnego korzenia: skorumpowania Wielkiej Nauki przez Wielkie Pieniądze. Dokładniej rzecz ujmując, są one następstwem modelu gospodarczego nastawionego na zysk.

Zakłada się, iż nauka stanowi wiarygodne źródło wiedzy oparte na obiektywnych faktach, a nie na subiektywnych uprzedzeniach. Z definicji wymaga to prowadzenia badań w sposób bezstronny – bez konfliktu interesów, który mógłby wpłynąć na osąd naukowców. Niestety nauka zaprzęgnięta do nadrzędnego celu maksymalizowania prywatnych zysków nie zdoła uniknąć materialnych konfliktów interesów.

Nauka amerykańska

Ogniskowanie uwagi na nauce amerykańskiej nie jest z mojej strony przejawem szowinizmu. Nauka amerykańska to główna składowa nauki światowej – wytycza kierunek nauce jako takiej. Budżet federalny na B&R (tj. badania i rozwój) przewyższa łączną sumę budżetów Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Japonii. Jedyna konkurencja dla nauki amerykańskiej zniknęła w 1991 roku wraz z dezintegracją Związku Radzieckiego.

Tragiczny wymiar nauki amerykańskiej nie pasuje do tzw. amerykańskiej wyjątkowości – aksjomatu ideologii, która dominuje w dyskursie publicznym Stanów Zjednoczonych. Otacza ona wszystko, co amerykańskie, aureolą prawości. Każde posunięcie przywódców jest z założenia słuszne, szlachetne i usprawiedliwione.

Opracowane w USA światowe innowacje naukowe i technologiczne (m.in. samolot, telewizor, komputer, Internet, iPhone, osiągnięcia medyczne i biochemiczne) są integralną częścią tragedii nauki amerykańskiej.

Korporacyjne przejęcie

Zwiększająca się dominacja korporacji w sferze nauki i technologii zdeprecjonowała ideał obiektywnych dociekań badawczych. Z czasem Wielka Nauka stała się lojalnym sługą interesów koncernów i miliarderów. Wiele badań przeprowadzanych jest obecnie przez ekspertów i instytucje, które dzięki pożądanym wynikom mogą zarobić krocie.

Branża naftowa i węglowa płaci za badania podające w wątpliwość zmianę klimatu. Branża tytoniowa promuje odkrycia minimalizujące związek między paleniem a rakiem płuc. Branża farmaceutyczna sama donosi o korzyściach i zagrożeniach, jakie wiążą się z przyjmowaniem sprzedawanych przez nią lekarstw. Branża spożywcza wykorzystuje nauki żywieniowe jako narzędzie marketingowe dla swojego asortymentu.

Metoda naukowa została dopasowana do nowej rzeczywistości. Badania oparte na hipotezach dyktowanych przez interesy korporacyjne są projektowane tak, aby dostarczały oczekiwanych dowodów. O dochodzeniach, których rezultaty choć w minimalnym stopniu potwierdzają pożądaną hipotezę, informują agresywnie działy public relations. Pozostałymi analizami, których wnioski są niekorzystne, karmi się dyskretnie niszczarki do dokumentów.

Wyniki tych badań są w najgorszym razie sfałszowane, a w najlepszym niewiarygodne. Mimo to korporacyjna nauka dla zysku kształtuje dyskurs i politykę publiczną. Wspierana przez skorumpowanych ustawodawców oraz środki masowego przekazu, prowadzi nas ku samozagładzie.

Instytucjonalizacja nauki dla zysku

Nieliczne głosy opamiętania, które ostrzegały przed pokłosiem korumpowania nauki przez Wielkie Pieniądze, zostały zagłuszone przez prokorporacyjny chór. Posługując się logicznym błędem „fałszywej równoważności”, jego członkowie skutecznie zwiedli opinię publiczną.

Manipulująca wynikami badań antynauka przebrała się za naukę. Siły antynaukowe mają w USA silne wsparcie instytucjonalne. Jednym z katastrofalnych następstw tego stanu rzeczy jest systematyczne osłabianie rządowych organów mających regulować działalność komercyjną zanieczyszczającą powietrze, którym oddychamy, wodę, którą pijemy, żywność, którą konsumujemy, i leki, które przyjmujemy. Zdolność Agencji Ochrony Środowiska i Agencji ds. Żywności i Leków do zapewnienia odpowiedniego nadzoru została w znacznym zakresie upośledzona.

Politycy odwołujący się do ignorancji to nie jedyna broń niszcząca integralność nauki amerykańskiej. Uniwersyteckie laboratoria badawcze i think tanki (tj. grupy eksperckie) przeobraziły się w intelektualne burdele – sprzedają się korporacjom za sponsoring badań. Prywatny biznes ochoczo kupuje ich usługi. Tego oczywistego quid pro quo nie trzeba reklamować.

Militaryzacja nauki amerykańskiej

Najbardziej tragiczne wypaczenie nauki amerykańskiej jest efektem jej militaryzacji. Gwałtowny rozkwit Wielkiej Nauki nastąpił w ślad za Projektem Manhattan. Symbolem sukcesu tego przedsięwzięcia były atomowe grzyby unoszące się nad Hiroszimą i Nagasaki w sierpniu 1945 roku. Detonacje przesądziły o wojennym charakterze późniejszego progresu Wielkiej Nauki.

Chciałbym, aby po lekturze niniejszego artykułu w pamięci czytelników zapisał się następujący fakt: Dzisiaj główną misją nauki amerykańskiej jest wynalezienie nowych i bardziej efektywnych sposobów zabijania – m.in. bomb termojądrowych, dronów, amunicji kasetowej i broni przeciwpiechotnej.

Nauka i technologia nie stały się kreatywnymi motorami postępu człowieka cywilizowanego. Przeorientowano je, by niszczyły życie. Nawet wynalazki nauki amerykańskiej uznawane za postępowe – np. kuchenki mikrofalowe, Internet i GPS – były de facto drugorzędnymi produktami ubocznymi militarnych dociekań badawczych. Dowodem na to jest budżet Stanów Zjednoczonych: ponad połowę finansowania B&R, czyli biliony dolarów wydane na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, przeznaczono na wojskowość.

Zamiast służyć zapobieganiu lub rozwiązywaniu problemów takich jak ubóstwo, głód, choroby i dewastacja planety, te astronomiczne kwoty zasiliły ich potęgowanie. Wydatki militarne zwiększają masową produkcję broni i agresję, która powoduje cierpienie o niewyobrażalnej skali. Oto definicja tragedii. Jej poczucie pogłębia uświadomienie, iż naprawa sytuacji nie była możliwa. Zagwarantowało to nieuleczalne uzależnienie gospodarki amerykańskiej od sektora wojskowego.

Tak naprawdę metafora uzależnienia od narkotyków nie wystarczy. Niektórym narkomanom udaje się odstawić heroinę. Obecna struktura społeczeństwa USA jest niezdolna do odstawienia militaryzmu. Przypomina on raczej nieoperacyjny guz, którego przeznaczeniem jest niekontrolowany i ostatecznie zabójczy dla nosiciela wzrost.

Jak do tego doszło? Zajęci zaspokajaniem potrzeb swoich hojnych darczyńców, ustawodawcy poddają się działaniu sił ekonomicznych, których nie rozumieją i nie próbują zrozumieć. Wydatki militarne są wbudowane w system gospodarczy. Ten dylemat ma swoją nazwę: „uzbrojony keynesizm”. Choć to dwuwyrazowe wyrażenie brzmi bardzo akademicko, dobrze identyfikuje problem.

Gdyby Pentagon zwinął zbrojeniówkę, czyli swój gigantyczny sztuczny rynek, miliony robotników – nawet tych, którzy nie są zatrudnieni w przemyśle „obronnym” – utraciłyby środki do życia. Pozbawiona wypłat armia konsumentów przestałaby kupować towary i usługi. Zębate koła gospodarki zatrzymałyby się ze zgrzytem. Finałem byłby upadek gospodarki globalnej.

Amerykańska wyjątkowość

Większość Amerykanów nie zdaje sobie sprawy, że w ich państwie nauka i wszystko, co się z nią wiąże, jest całkowicie podporządkowane militarnemu kompleksowi przemysłowemu. To „plamka ślepa”, która nie pozwala społeczeństwu dostrzec wielkiej potworności. Co tłumaczy tę zbiorową wadę wzroku? Akceptacja, świadoma lub nieświadoma, doktryny amerykańskiej wyjątkowości.

Amerykańska wyjątkowość to twierdzenie, iż rządów Stanów Zjednoczonych nie obowiązują w stosunkach międzynarodowych tradycyjne normy moralne. Inwazje na kraje i mordowanie ich obywateli, gdy stawiają opór, zalicza się powszechnie do najgorszych zbrodni. Tortury są potępiane jako niemoralne i odrażające od XVIII wieku. Kiedy żołnierze USA najeżdżają, zabijają i torturują, spotyka się to z aprobatą, ponieważ Ameryka uchodzi za supermocarstwo kryształowe – walczące o pokój, demokrację i prawa człowieka.

Tak oto normalizuje się niekontrolowaną amerykańską produkcję broni. Tak oto usprawiedliwia się istnienie „państwa bezpieczeństwa narodowego”, które monitoruje prywatną komunikację każdego z nas i powołuje tajne trybunały ds. terroryzmu przyspieszające rozkład rządów prawa. Mimo że amerykańska wyjątkowość uzasadniła ideologiczne wiele wojen, które uśmierciły miliony ludzi na całym świecie, jej kwestionowanie niezmiennie piętnuje się jako niepatriotyczne.

„Gadżet” – pierwszy z „owoców” Projektu Manhattan.


Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uważa, że moja praca zasługuje na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Imperializm, militaryzm i [neo]kolonializm. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.