Ameryka upadła

Artykuł Indiego Samarajivy ze Sri Lanki.

Przeżyłem koniec wojny domowej. Jako dwudziestolatek wróciłem na Sri Lankę. Akurat przestało obowiązywać zawieszenie broni. Czy wiesz, jak wyglądała moja codzienność? Całkiem normalnie. Pracowałem, spotykałem się z koleżankami i kolegami, umawiałem na randki. Właśnie tego nie rozumie przeciętny Amerykanin: czeka na cios w twarz. Tymczasem z nieba sypie się popiół.

Pomyśl, co teraz czujesz. Paraliżująca litania fatalnych wiadomości. Coraz więcej oburzających tragedii. Obok ciebie cierpią, gasną i protestują ludzie, a ty myślisz o kolacji. Gdy próbujesz normalnie żyć w takich warunkach, twoje społeczeństwo nie upada. Ono upadło.

Przeglądałem ostatnio stare fotografie. Szokujący zestaw. Niemal obsceniczny. Przed budynkiem pracodawcy leżą zwęglone zwłoki. Gram w Scrabble z przyjaciółmi. Przed centrum handlowym unosi się dym po wybuchu bomby. Jestem na koncercie. Długa kolejka po benzynę. Tańczę w nocnym klubie. Kronika dwóch tygodni.

Zadaję sobie pytanie: Czy prowadziliśmy się w ten sposób? Oczywiście. To znaczy ja tak się prowadziłem. Czy byłem nadzianym, napalonym gogusiem z Kolombo, który imprezował, kiedy biedacy umierali? Tak. Pisałem o tym, ale nikogo to nie obeszło.

A kim ty jesteś? Czytasz te słowa. Dysponujesz wolnym czasem, by zastanawiać się nad upadkiem, jakby wciąż był ewentualnością. Są tacy, którzy wiedzą, że nią nie jest, bo go doświadczają. Z perspektywy obserwatora zaznajomionego z realiami społecznej dezintegracji prawda przedstawia się następująco: Ameryka już upadła.

Upadek nie oznacza, że ty umierasz. Upadek oznacza, że umierają wszyscy. Śmierć może znajdować się bliżej lub dalej, ale cię nie opuszcza. Na przestrzeni minionych trzech miesięcy USA straciły więcej obywateli niż Sri Lanka podczas bratobójczego konfliktu, który zbierał krwawe żniwo przez trzy dekady.

Dawniej z poczuciem wyższości śledziłem zachowanie stada gazeli. Lew pożerał jedną z nich, a pozostałe zwierzęta po prostu szły dalej. Ludzie są tacy sami. Oto faktyczne znaczenie „odporności stadnej”. Jesteśmy odporni na widok rozgrywającego się w pobliżu dramatu.

Uprzywilejowanym krytyczna sytuacja jawi się jako coś przyziemnego. Byliśmy Kolombijczykami – głowę zaprzątała nam kasa i dziewczyny. Otwieraliśmy bagażnik, żeby sprawdzić, czy nie ma w nim bomby. W trakcie nalotów wyłączaliśmy światła. Nie twierdzę, że nie zaznaliśmy rozpaczy. Tatę przyjaciela zabiła mina. (Spoczywaj w pokoju, wujku Nihalu.) Moich znajomych pobito, aresztowano lub zmuszono do ucieczki za granicę. Jednakże galeria zdjęć utrwaliła coś zgoła innego: rutynę bezrozumnego dwudziestoparolatka.

Czekanie na chwilę uświadomienia pt. „To już się dzieje!” jest pozbawione sensu. Żadna gadająca głowa nie przyzna w telewizji, że „sprawy mają się beznadziejnie”. Nie odbędzie się oficjalna konferencja informująca o powszechnym rozpadzie. Potworności piętrzą się w tle libacji i wesel.

Być może czekasz, aż skoczy ci poziom adrenaliny i rzucisz się do walki z wirusem, faszyzmem lub zmianą klimatu. Życie to nie film. A nawet gdyby nim było, odgrywałbyś rolę statysty. Jeśli spotka cię coś dobrego lub złego, będzie to czysty przypadek. Jeśli masz pecha, staniesz się statystyką.

Pewnego dnia ktoś podłożył ładunek wybuchowy w sklepie odzieżowym NoLimit. Eksplozja uśmierciła 17 osób. Kiedy dochodzi do równie traumatycznego zdarzenia, każdy postrzega je inaczej. Dla mnie było zajętymi przez godzinę liniami telefonicznymi w biurze. Dla mojej żony, która mieszkała pół kilometra od miejsca zamachu, było falą uderzeniową. Dla rodzin ofiar było końcem. Ich żałoba trwa.

Jednolite doświadczenie chaosu nie istnieje. Niektórym niszczy ciała, innym umysły, ale dla większości jest tylko informacyjnym szumem. Zakładam, że poszłaś/poszedłeś do pracy. Ponure wieści napływały zewsząd. Dominowały w mediach społecznościowych i rozmowach. Może sama/sam otarłeś się o nieszczęście. Przykro mi. W twoim kraju poniosło dzisiaj śmierć tysiąc nieszczęśników. Współczuję im. Tysiąc rodzin pogrąża się w żałobie. Codziennie dołącza do nich tysiąc kolejnych. Ból nie ustępuje. W tysiącach tysięcy domów staje się meblem z kości.

Naród nie opłakuje zmarłych. Robią to bliscy i społeczności. Reszta mierzy się z wyzwaniami zwykłego dnia. Skończyła ci się kawa. Ktoś wrzucił do sieci zabawny mem. To nie może być upadek, bo u mnie nic się jakoś nie wali. Dokładnie takie uczucia towarzyszą upadkowi. Wmawiasz sobie, że jest niemożliwy.

Rozejrzyj się wokół.


Socjolodzy i eksperci zajmujący się zagadnieniem wytrzymałości w obliczu katastrof odkryli, że w ślad za klęską żywiołową czy atakiem terrorystycznym zazwyczaj formuje się tzw. społeczność terapeutyczna. Zgodnie z ustaleniami analizy opartej na modelowaniu pandemia nie zapoczątkowała takiego zjawiska w USA. Jest to sygnał, że kraj przekracza niepokojący punkt krytyczny. Kryzys zdrowia publicznego nie zjednoczył narodu – spotęgował jego polaryzację. Autorzy badania wyrażają obawę, że trend może być nieodwracalny. [Proceedings of the National Academy of Sciences, 14 grudnia 2021 r.]

Tłum. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Oblicza upadku. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.