„Nie byliśmy w stanie sobie tego wyobrazić…”

Obecna szybkość topnienia lodu na Antarktydzie i Grenlandii pokrywa się już z najbardziej ponurą prognozą opracowaną przez globalnych naukowców. Eksperci z brytyjskiego Uniwersytetu w Leeds i duńskiego Instytutu Meteorologicznego opublikowali 31 sierpnia 2020 r. na łamach Nature Climate Change badanie, które wykazało, że najczarniejszy scenariusz, przed którym ostrzegał Międzyrządowy Zespół ds. Zmiany Klimatu (IPCC), staje się rzeczywistością. Tempo, w jakim topnieją lądolody, przyspieszyło w ostatnich latach bardziej, niż byliśmy to sobie w stanie wyobrazić, przyznał dr Tom Slater, główny autor analizy. Wyprzedza ono wskazania modeli klimatycznych, które służą nam za drogowskaz. Uczeni ostrzegają, iż skutki obserwowanego trendu mogą być „katastrofalne” nawet w ciągu najbliższych dwóch dekad.

Zespół pod przewodnictwem specjalistów z Uniwersytetu w Durham przyjrzał się pokrywom lodowym odpowiedzialnym za wzrost poziomu morza u schyłku ostatniego interglacjału. Przebiegał on w zawrotnym tempie 3,6 metra na sto lat, chociaż system klimatyczny Ziemi nie był dodatkowo ocieplany przez cywilizację industrialną. Zdaniem prof. Allesio Rovere z Uniwersytetu w Bremie adaptacja jest w takich warunkach niemożliwa.

Do tej pory społeczność naukowa nie była zgodna, który z lądolodów napędzał tę transformację. Szczegółowe dane i najnowocześniejsze techniki modelowania tym razem określiły źródła MWP-1A – eskalacji wód roztopowych 13 500–14 700 lat temu. Z badania zamieszczonego 1 kwietnia 2021 r. w Nature Communications wynika, że spowodowały ją przede wszystkim pokrywy lodowe Ameryki Północnej i Eurazji – udział Antarktydy był minimalny. W kontekście dzisiejszego topnienia Grenlandii, które sprawia, że oceany wzbierają, a globalna cyrkulacja ich wód znajduje się w fazie reorganizacji, trudno przecenić ponure znaczenie tego faktu.

Przewidziane nadejście Atlantydy

Fragment książki „Koniec lodu” Dahra Jamaila w przekładzie Aleksandry Paszkowskiej (wyd. „Krytyka polityczna”, 2020).

Następnego ranka udaję się na główny kampus Uniwersytetu Miami w Coral Gables, by spotkać się z doktorem Haroldem Wanlessem, profesorem i dyrektorem tamtejszego Wydziału Geologii. Jako posiadacz licencjatu z geologii w Princeton, tytułu magistra nauk Uniwersytetu Miami w dziedzinie geologii morza oraz tytułu doktora Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w dziedzinie nauk o Ziemi i innych planetach, Wanless jest najodpowiedniejszą osobą, by całościowo przedstawić obraz zaburzenia klimatu. Obecnie siedemdziesięcioletni profesor śledził poziom mórz przez całą swoja karierę. W jego biurze siadamy przy stole zarzuconym książkami i segregatorami. Na ścianie wiszą zdjęcia z wycieczki na grenlandzki lądolód. Zaczynam od tego, że właśnie spotkałem się z Kirtmanem i Mowrym i poznałem ich ogląd sytuacji. Wanless mi przerywa:

Sami to schrzaniliśmy – mówi. – Kopnęliśmy w kalendarz. Spadliśmy w przepaść. To niewiarygodne, ale 93,4 procent wyprodukowanego przez nas ciepła wchłonęły oceany, z czego połowę od zaledwie 1997 roku. Gdybyśmy tylko to zatrzymali w latach 80., kiedy już wiedzieliśmy, że jest problem, byłby on mniejszy co najmniej o połowę. (…) Czy nie powinniśmy myśleć: „O Boże, co myśmy narobili”? 

Wanlessa, który od tak długiego czasu obserwuje te zmiany ze złego na gorsze, szokuje beztroskie nastawienie ogółu. Te ponure słowa są niczym wiadro zimnej wody, ale jednocześnie orzeźwiające jak powiew świeżego powietrza. Słysząc prawdę w społeczeństwie zanurzonym na różnej głębokości samooszukiwania, złe wiadomości witam z ulgą. Przy czym dostrzegam ironię sytuacji.

Wanless podsuwa mi diagram pokazujący, że prognozy IPCC dotyczące wzrostu poziomu oceanów są zaniżone, ponieważ niedoszacowują ilości topniejącego lodu na Grenlandii i w Antarktydzie.

Ogrzewanie się oceanów ma znaczny udział w ich prognozach, Grenlandia – niewielki, natomiast Antarktyda rzekomo odpowiada za maleńką ilość podnoszenia się poziomu mórz. To błąd. W ocenie z 2007 roku popełnili taki sam. W IPCC toczą się gry polityczne, a modelujący nie potrafią zajrzeć głębiej, niż pokazuje model. IPCC wykorzystuje informacje wyłącznie z publikacji recenzowanych, które już są przestarzałe o cztery czy pięć lat, a do tego dochodzą jeszcze trzy lata prac redakcyjnych, więc tak naprawdę dane te mają dziesięć lat opóźnienia. A ja patrzę na coś, co dzieje się dziś.

Harold Wanless

Wanless uważa, że IPCC uprawia „naukę konsensusu”. Chodzi mu o to, że instytucja zawsze sprowadza wszystko do najmniejszego wspólnego mianownika, czyli że osoba prezentująca najniższe prognozowane wartości spycha w dół wartość wszystkich pozostałych prognoz. Ludzie, którzy chcą zaniżać przewidywania, zawsze wywierają wpływ na ocenę, bagatelizując powagę sytuacji.

Poziom mórz rośnie szybciej, niż wskazywałyby na to modele, ponieważ modele nie biorą pod uwagę większości sprzężeń zwrotnych, które obserwujemy w przypadku topnienia lodu.

Dodatnie sprzężenia zwrotne w klimacie to jak zaklęty krąg; w tym przypadku przyspieszenie tendencji. Jak powiedział Dan Fagre: im bardziej tak jest, tym bardziej tak jest.

Wanless opowiada mi o tym, co widział w czasie swojej wycieczki na Grenlandię pięć lat wcześniej. Powierzchnia lodu ciemnieje tam na wysokości 2000 metrów nad poziomem morza i wyżej, ponieważ topnieje, a do tego osiadają na niej sadza i inne cząsteczki z atmosfery, doprowadzając do wchłaniania jeszcze większych ilości ciepła.

Grenlandia jest pełna takich sprzężeń – mówi Wanless, podając przykład wody z topnienia, która przelewa się w głąb pokrywy lodowej i ogrzewa ją jeszcze od środka. – Różnica jest taka jak między twardym masłem prosto z lodówki a miękkim, nietrzymanym w lodówce. Wszystko płynie jeszcze szybciej, a im szybciej płynie, tym szybciej pęka i tym bardziej topnieje.

Jeśli mam wieki kawał lodu, którego stopienie zajęłoby tysiąc lat, mogę go mocno połamać, a wtedy stopnieje w dwadzieścia.

Już w 2012 roku ogrzewające się wody oceaniczne „podpływały głęboko pod Grenlandię i topiły ją od spodu”.

Wanless bardzo krytycznie podchodzi do przewidywań NOAA, ponieważ nawet w najświeższych najgorszych scenariuszach podniesienia się poziomu mórz o dwa i pół metra do 2100 roku nie uwzględniła ona wystarczająco dużej ilości wody z topniejących lodowców ani „efektów wszystkich innych sprzężeń zwrotnych”.

Prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy wydają ważne oświadczenie, zawierają w nim większe liczby – komentuje Wanless. – A wtedy te wcześniejsze skrajne prognozy nagle stają się średnimi. (…)

Wanless wyjaśnia, jak po ostatniej epoce lodowcowej, która skończyła się jakieś 11 700 lat temu, poziomy mórz wzrosły w serii gwałtownych skoków w miarę ocieplania się klimatu i niszczenia lądolodu. (…) Objętość lodu zmniejszyła się już w tempie o dekady szybszym, niż wskazywały na to modele. Tłumaczy, że już w 2002 roku doszliśmy do ubytków w lodzie przewidywanych na 2050 rok, a więc polarna pokrywa lodowa również stopnieje szybciej, niż wcześniej sądzono.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Oprac. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Klimat. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.