Spieszmy się dobić oceany

Fragmenty artykułu Wila S. Hyltona opublikowanego na początku 2020 r. w The Atlantic.

Jeśli nie dręczy cię chroniczny niepokój i nie ogarnęła cię jeszcze nihilistyczna rozpacz, prawdopodobnie nie poświęciłeś dość czasu na kontemplowanie dna Wszechoceanu. Wiele osób wyobraża sobie, że jest ono po prostu przepastną, piaszczystą przestrzenią. Nic bardziej mylącego – ten dynamiczny krajobraz dorównuje pod względem różnorodności każdemu innemu miejscu na Ziemi. Góry wyrastają tam z podwodnych równin, kaniony tną na głębokość kilometrów, gorące źródła wybijają ze skalnych szczelin, a strumienie ciężkiej solanki sączą się na zboczach wzgórz tworząc podmorskie jeziora.

Te szczyty i doliny zawierają większość surowców mineralnych występujących na lądzie. Naukowcy dokumentują ich pokłady od co najmniej 1868 r., kiedy to pogłębiarka wyciągnęła ułomek rudy żelaza na północ od Rosji. Pięć lat później inny statek znalazł podobne samorodki na dnie Atlantyku, a po upływie kolejnych dwóch sezonów namierzył całe ich pole w Pacyfiku. Oceanografowie identyfikowali nowe minerały – miedź, nikiel, srebro, platynę, złoto, a nawet kamienie szlachetne – zaś korporacje szukały praktycznego sposobu na ich pozyskanie.

Jednostka De Beers do wydobywania diamentów.

Obecnie wielu potentatów branży górniczej realizuje programy wydobycia podwodnego. Na zachodnim wybrzeżu Afryki grupa De Beers korzysta z floty, która przeczesuje dno w poszukiwaniu diamentów. W 2018 r. wykopała 1,4 miliona karatów z wód przybrzeżnych Namibii; w 2019 r. De Beers zwodował nową jednostkę, która orze dno dwa razy szybciej od poprzedniego rekordzisty. Z kolei firma Nautilus Minerals próbuje rozsadzić gorące źródła zlokalizowane w wodach terytorialnych Papui Nowej Gwinei, gdzie zalegają metale szlachetne. Państwa takie jak Japonia i Korea Południowa sięgają po złoża przybrzeżne. Jednak najbardziej intratną zdobyczą koncernów wydobywczych będzie dostęp do wód międzynarodowych, czyli ponad połowy dna morskiego Ziemi, które skrywa więcej kosztownych kopalin niż wszystkie kontynenty.

Ustanowienie przepisów górnictwa oceanicznego nastąpi niebawem. Organizacja Narodów Zjednoczonych powierzyła to zadanie Międzynarodowej Organizacji Dna Morskiego (International Seabed Authority – ISA), mało znanej instytucji mieszczącej się w dwóch szarych biurowcach w Kingston na Jamajce. W przeciwieństwie do pozostałych organów ONZ ISA nie jest objęta systematycznym nadzorem. Klasyfikuje się ją jako „autonomiczną” – kieruje nią własny sekretarz generalny, który raz w roku zwołuje zgromadzenie ogólne w siedzibie głównej. Reprezentanci 168 państw członkowskich przez tydzień spotykają się w audytorium Centrum Konferencyjnego Jamajki. Ich zadaniem nie jest zapobieganie eksploatacji dna morskiego, tylko zmniejszenie jej szkód – dokonują selekcji miejsc, w których wydobycie będzie dozwolone, wydają licencje oraz opracowują techniczne i środowiskowe standardy Kodeksu Górniczego.

Formułowanie Kodeksu przebiega nie bez trudności. Członkowie ISA nie uzgodnili ram regulacyjnych. Debatując na temat utylizacji odpadów i ochrony ekologicznej, zgadzają się formalnie na „eksplorację” na całym świecie. Około 30 dostawców kopalin uzyskało już licencje na prowadzenie prac w Oceanie Atlantyckim, Spokojnym i Indyjskim. Jedna z lokalizacji, położona około 4 000 kilometrów na wschód od Florydy, słynie z największego systemu podwodnych gorących źródeł – ten  usiany monumentalnymi białymi iglicami upiorny krajobraz uczeni nazywają „Zaginionym Miastem”. Inna rozciąga się na 7 200 kilometrach Pacyfiku – to mniej więcej jedna piąta obwodu Ziemi. Koncerny posiadające zezwolenia na wykorzystanie tych regionów zgromadziły już astronomiczny kapitał wysokiego ryzyka. Ich eksperymentalne pojazdy testują już metody pogłębiania i wydobywania. Kierownictwo i rady nadzorcze odliczają czas do zatwierdzenia Kodeksu Górniczego, po którym nastąpi oficjalne otwarcie wrót do komercyjnej eksploatacji dna Wszechoceanu.

Firmy spodziewają się, że przy pełnej wydajności „pogłębią” wiele tysięcy kilometrów kwadratowych rocznie. Ich machiny będą zrywać górne dwadzieścia centymetrów dna. Roboty wyposażone w węże próżniowe wyssą tysiące kilogramów osadu, odseparują metalowe fragmenty – znane jako bryłki polimetaliczne – a resztę spuszczą z powrotem do wody. Część zanieczyszczeń będzie zawierała toksyny (m.in. rtęć i ołów), które zatrują setki lub tysiące kilometrów otaczających wód. Pozostałości podryfują z nurtem do pobliskich ekosystemów. Badanie przeprowadzone przez Królewską Szwedzką Akademię Nauk stwierdziło, iż każda jednostka górnicza wypluje codziennie około 190 000 metrów sześciennych odpadów, co wystarczyłoby do wypełnienia po brzegi wagonów pociągu towarowego o długości 25 kilometrów. Autorzy określili swoje szacunki mianem „ostrożnych”, ponieważ inne prognozy dały wynik trzykrotnie wyższy. Bez względu na obraną miarę, konkludują autorzy, ogromny obszar zostanie pokryty tymi osadami w tak znacznym stopniu, że mnóstwo zwierząt nie poradzi sobie z ich wyniszczającym wpływem, a utrata osobników i gatunków dotknie całe społeczności. Tymczasem pozyskanie rud z kominów hydrotermalnych lub podwodnych gór będzie wymagało zastosowania tej samej „tradycyjnej” metody, co na lądzie: roztrzaskania skał.

W 2019 r. delegaci ISA zjechali się w celu zrecenzowania roboczej wersji Kodeksu Górniczego. Urzędnicy mieli nadzieję, że doczeka się ratyfikacji i wdrożenia w 2020 r. Przybyłem więc do Kingston, aby w pogodny poranek obserwować obrady. Frekwencja dopisała. Osoba z obsługi poprowadziła mnie labiryntem korytarzy na pogawędkę z sekretarzem generalnym Michaelem Lodge’m, szczupłym Brytyjczykiem po pięćdziesiątce z przyciętymi włosami i ujmującym uśmiechem. Wskazał parę foteli stojących obok rzędu okien z widokiem na port. Usadowiwszy się w nich wygodnie, przystąpiliśmy do omówienia Kodeksu – na co zezwala i czego zakazuje – oraz przygotowań ONZ do największej operacji górniczej w historii świata.

Do niedawna biologowie poświęcali głębinom niewiele uwagi. Byli przeświadczeni, że pogrążone w ciemności wzniesienia i urwiska są w zasadzie pustką. Tradycyjny model życia na Ziemi bazuje na fotosyntezie: rośliny na lądzie i w płyciznach wykorzystują światło słoneczne, by zwiększać biomasę, którą konsumują małe i duże stworzenia; zwieńczeniem łańcucha pokarmowego jest niedzielny obiad. Zgodnie z tą narracją każde zwierzę jest zależne od roślin i wychwytywanej przez nie energii słonecznej. Skoro kilkaset metrów poniżej poziomu morza roślinności już nie ma, a nieco głębiej panuje mrok, nie było powodu, by podejrzewać, że istnieje tam bujny ekosystem. Lekki śnieg organicznych szczątków „padający” z powierzchni być może wystarczyłby na podtrzymanie egzystencji garstki głębokowodnych tułaczy.

W 1977 r. para oceanografów przemierzających Pacyfik w pojeździe zanurzalnym położyła kres tej teorii. Zwiedzając góry w pobliżu wysp Galapagos, śmiałkowie natknęli się na komin hydrotermalny o głębokości około 2 500 metrów. Nikt wcześniej nie widział podwodnych gorących źródeł, choć geolodzy nie wykluczali ich występowania. Zbliżając się do znaleziska, badacze dokonali jeszcze bardziej zaskakującego odkrycia: liczna grupa zwierząt obozowała w najlepsze wokół komina. Nie należeli do niej wątli padlinożercy, których obecność nie budziłaby w takim rejonie zdziwienia. Oczom zdumionych mężczyzn ukazały się olbrzymie małże, fioletowe ośmiornice, białe kraby i kilkumetrowe wieloszczety (łac. Riftia pachyptila), których łańcuch pokarmowy zaczyna się nie od roślin, lecz od organicznych chemikaliów unoszących się w ciepłej wodzie.

Komin hydrotermalny.

Zdarzenie to wstrząsnęło fundamentami biologii. W krajobrazie pozbawionym roślinności zrodził się złożony ekosystem. Życie pojawiło się w całkowitej ciemności i piekielnie gorącej zupie toksycznych związków chemicznych – środowisku, które zabiłoby wszystkie znane ziemskie istoty. Było to przełomowe odkrycie, wspomina biolog ewolucyjny Timothy Shank. Zmieniło nasze spojrzenie na granice życia. Teraz wiemy, że jeziora metanowe na jednym z księżyców Jowisza prawdopodobnie obfitują w przeróżne gatunki. I nie mamy już wątpliwości, że życie istnieje na innych planetach.

Naukowcy dzielą Wszechocean na pięć warstw. W przypowierzchniowej „strefie światła słonecznego” kwitną rośliny; w położonej niżej „strefie mroku” robi się ciemno; w dalszej „strefie północy” niektóre organizmy generują własne światło; a położona na samym dole „otchłań” jest po prostu szalenie zimną, czarną równiną. Eksperci odwiedzają te „piętra” od ponad pół wieku. Najtrudniejsze jest zejście do warstwy ostatniej. Nazwana hadalem – na cześć Hadesa, starożytnego greckiego boga władającego podziemnym światem zmarłych – obejmuje wody znajdujące się co najmniej 6 000 metrów pod powierzchnią. Ze względu na taką głębokość strefa ta jest kojarzona z rowami oceanicznymi, ale należą do niej wybrane odcinki równin abisalnych.

Półtora wieku temu na równinach abisalnych odkryto bryłki polimetaliczne. Te rozsiane po dnie morskim fragmenty skał nie są większe od grejpfruta. W ich skład wchodzą określone minerały. W kominach hydrotermalnych i grzbietach dominują metale szlachetne (m.in. srebro i złoto), natomiast bryłki zawierają głównie miedź, mangan, nikiel i kobalt, bez których produkcja baterii do iPhone’ów, laptopów i aut elektrycznych byłaby niemożliwa. Najwięcej wydanych przez ISA zezwoleń dotyczy właśnie wydobycia bryłek. Większość tych licencji upoważnia wykonawców do plądrowania Strefy Clarion-Clipperton (Clarion-Clipperton Zone – CCZ). Ta równina abisalna jest szersza od kontynentalnych Stanów Zjednoczonych – zajmuje ponad 4,4 miliona kilometrów kwadratowych między Hawajami a Meksykiem. Wraz z zatwierdzeniem Kodeksu Górniczego kilkanaście korporacji bezzwłocznie przystąpi do eksploatowania tamtejszych złóż na skalę przemysłową. Dokument nie określa głębokości, na jakiej powinno odbywać się wydalanie odpadów. ISA posługuje się szacunkami, zgodnie z którymi osad zatopiony przy powierzchni nie przemieści się dalej niż na 160 kilometrów. Synteza ustaleń naukowych przygotowana przez Greenpeace wykazała, że może on pokonać setki, a nawet tysiące kilometrów.

Timothy Shank obserwuje głębiny od prawie 30 lat. W 2014 r. kierował międzynarodową wyprawą, której celem było ukończenie pierwszej wszechstronnej analizy ekosystemu hadalnego. Jako dyrektor programu badań nad hadalem w Instytucie Oceanograficznym Woods Hole przyznaje, iż nie poznał jego tajemnic. Uczeni mają problemy z pomiarami dna morskiego w dużo płytszych wodach. Mimo że od ponad 100 lat używają lin, łańcuchów i instrumentów akustycznych do odczytywania głębokości, 85% globalnego dna morskiego pozostaje nieznane. Hadal jest najtrudniejszy do mapowania, ponieważ zobaczenie go graniczy z niemożliwością.

Jeżeli wydaje ci się kuriozalne, że nowoczesne pojazdy nie są w stanie spenetrować oceanicznej otchłani, spróbuj wyobrazić sobie, co to znaczy zanurzyć się na 10 lub 11 kilometrów. Każde 10 metrów głębokości wywiera parcie o wartości średniego ciśnienia atmosfery Ziemi, a zatem nurkując 22 metry pod taflą wody odczuwasz parcie trzy razy większe niż osoba stąpająca po lądzie. Na poziomie 91 metrów ciśnienie ma 10 atmosfer. Wieloszczety żyjące obok kominów hydrotermalnych opierają się oddziaływaniu około 250 atmosfer. Maszyny górnicze zrzucone do CCZ muszą wytrzymać dwa razy więcej, a i tak będą dopiero w połowie drogi na dno najgłębszych rowów oceanicznych. Zaprojektowanie i zmontowanie pojazdu funkcjonującego na poziomie 11 000 metrów to zadanie z zakresu inżynierii międzygwiezdnej. Skonstruowanie marsjańskiego łazika jest nieporównanie łatwiejsze. Więcej osób odwiedziło Księżyc niż dno Rowu Mariańskiego.

Ostatniego udanego zejścia do Rowu Mariańskiego dokonał wiosną ubiegłego roku prywatny inwestor Victor Vescovo w swojej łodzi podwodnej za 48 milionów dolarów. Było to zwieńczenie osobistej misji, w trakcie której entuzjaście udało się odwiedzić pięć najgłębszych rowów oceanicznych. Ten niewątpliwy krok naprzód w eksploracji hadalu stanowi przypomnienie, jak nieprzeniknione są to miejsca: podziwiał je tylko multimilioner, hollywoodzki reżyser (i inżynier) James Cameron oraz uczestnicy programu wojskowego. Pojedyncze wizyty w określonych punktach docelowych niewiele mówią o reszcie tego środowiska. Hadal to 33 rowów i 13 płytszych formacji zwanych nieckami – ich łączna powierzchnia jest równa dwóm trzecim terytorium Australii.

Przez 10 lat Timothy Shank nadzorował projekt „Neureusa” najbardziej zaawansowanego robota do sondowania głębin. Przyrząd zbudowany za 14 milionów dolarów przez międzynarodowy zespół specjalistów ostatecznie uległ implozji podczas zanurzenia w hadalu. Myślę, że kiedyś uda się tam zobaczyć setki, a nawet tysiące nieopisanych gatunków – niektóre z nich będą olbrzymie, przekonuje badacz, wyobrażając sobie tajemniczy, obcy świat, który w wiecznym ukryciu podąża własną ewolucyjną drogą.

Społeczeństwa nie mają świadomości, jak niezbędne dla zdrowia ludzi i planety są oceaniczne drobnoustroje. Pochłaniają one blisko jedną trzecią dwutlenku węgla generowanego na lądzie. Należy do nich bakteria „złapana” w CCZ w 2018 r. Mikrobiolodzy nie mają bladego pojęcia, jaki mechanizm pozwala jej czerpać ze środowiska węgiel, a szacuje się, że może odpowiadać nawet za 10% objętości C, jaką każdego roku sekwestruje Wszechocean. Nie przeprowadzono jeszcze kompleksowego przeglądu drobnoustrojów w rowach hadalnych. Konwencjonalne narzędzia do pobierania próbek wody nie radzą sobie na ekstremalnych głębokościach, a prace nad narzędziami niekonwencjonalnymi wciąż trwają. Nieco dalej posunęła się wiedza z zakresu mikrobiologii równin głębokowodnych – całkiem niedawno okazało się, iż CCZ tętni życiem. To jeden z najbardziej różnorodnych pod względem biologicznym obszarów hadalu, wyjaśnił Jeff Drazen z Uniwersytetu Hawajskiego. Gros mikrobów egzystuje na tych samych bryłkach, które planują zebrać górnicy. Kiedy „zmiatasz” je z dna morskiego, niszczysz habitat, który rozwijał się przez 10 milionów lat, dodał Drazen.

Gigantyczne, mobilne roboty górnicze.

Koncerny takie jak DeepGreen powtarzają, że zainteresowały się „zrównoważonym” wydobyciem rud z dna morskiego, bo chcą ratować planetę. Wygłaszanym przez nie zapewnieniom o tym, iż szkody dla środowiska będą minimalne przeczy historia cywilizacji przemysłowej, prawo niezamierzonych skutków i nieuchronność błędów. Chciałem dowiedzieć się od Michaela Lodge’a, sekretarza generalnego ISA, w jaki sposób agencja ONZ podjęła decyzję o zaakceptowaniu ryzyka. Dlaczego górnicza eksploatacja oceanów jest konieczna?, zapytałem go. Zmarszczył brwi. Nie wiem, dlaczego używasz słowa „konieczna”, odpowiedział. Dlaczego trzeba kopać gdziekolwiek? Wydobywasz tam, gdzie znalazłeś metal. Przypomniałem mu, że górnictwo lądowe ma druzgocącą cenę: ogołocone wyspy tropikalne, wysadzone w powietrze górskie szczyty, skażone wody gruntowe i powietrze, unicestwione gatunki. Zważywszy na tę dewastację, czy nie należałoby zawahać się przed daniem zielonego światła górnictwu morskiemu?

Według mnie ludzie nie powinni się tym specjalnie przejmować, odparł wzruszając ramionami. Wydobycie bez wątpienia zakłóci środowisko użytkowanego obszaru, ale możemy wykoncypować jakieś sposoby, by nad tym zapanować. Zwróciłem uwagę, że osady mogą wydostać się daleko poza wytyczoną zonę robót. Jasne, to kolejny poważny problem środowiskowy. Musimy jakoś zarządzać pióropuszem osadu. Musimy zrozumieć, jak się zachowuje, dlatego przeprowadzane są eksperymenty, które nam w tym pomogą. Kiedy mówił, zdałem sobie sprawę, że z jego punktu widzenia żadna z poruszonych kwestii nie zasługiwała na to, by się nad nią pochylać. Refleksja nie wchodziła w skład zakresu obowiązków sekretarza – płacą mu za to, by ułatwiać eksploatację, a nie kwestionować słuszność przedsięwzięcia.

Rozmawialiśmy przez kolejne 20 minut, po czym podziękowałem mu za poświęcony czas i wróciłem do sali zgromadzeń, gdzie prelegenci mechanicznie wygłaszali swoje przemówienia na temat ochrony morza i nadziei wiązanych z technologią baterii. Zebranym nie udało się dopracować szczegółów Kodeksu Górniczego odnośnie m.in. wymagań technicznych, procedur nadzoru i modelu podziału zysków. Głosowanie nad ratyfikacją musi poczekać do przyszłego roku. Zauważyłem grupę naukowców oglądających ten spektakl z ostatnich rzędów. Byli członkami Inicjatywy na rzecz Gospodarzenia Głębokim Oceanem (Deep-Ocean Stewardship Initiative) założonej w 2013 r, aby stawić czoła zagrożeniom dla środowiska głębinowego. Jednym z nich był Jeff Drazen. Przyleciał z Hawajów i wyglądał na zmęczonego. Wysłałem mu SMS-a i wyszliśmy na zewnątrz.

Na dziedzińcu stało kilka stolików. Spoczęliśmy przy jednym z nich, by zamienić parę słów. Byłem ciekaw, co czuje w związku z opóźnieniem głosowania. Drazen przewrócił oczami i westchnął. W CCZ pracują teraz Belgowie – przeprowadzają testy komponentów, powiedział. Będą jeździć po dnie morskim i ryć. Proces jest w toku. Ludzkość zamierza dokonać największego w dziejach przeobrażenia powierzchni planety. Usuniemy odkrywkowo przeogromne siedlisko. A gdy zniknie, już nie wróci.

Wpisy powiązane tematycznie: Ocalić, czyli zniszczyć, Krótka historia bezpiecznego limitu, Zielona maska, Brudne sekrety „czystej energii”, Dno oceaniczne rozpada się.

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Oceany. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.