Na ratunek najbogatszym

Nigdy nie pozwól, by kryzys poszedł na marne, powiedział w trakcie krachu 2008–2009 Rahm Emanuel, były bankier inwestycyjny, burmistrz Chicago i szef sztabu Białego Domu za prezydentury Baracka Obamy. Pandemia – kryzys, na który elity rządzące nie przygotowały społeczeństw nawet w stopniu minimalnym, bo nie mogły na tym zarobić – to doskonała okazja, by wycisnąć miliardy z konającej planety i „zasobów ludzkich”. Według raportu Instytutu Studiów Politycznych od połowy marca do połowy grudnia amerykańscy magnaci zwiększyli swoje majątki o bilion dolarów. Tymczasem jedna piąta populacji najbogatszego imperium w historii ludzkości straciła źródło utrzymania, a miliony obywateli mają problem z zaspokojeniem głodu. Jesteśmy świadkami grabieży, napisał o idących w biliony, nieusprawiedliwionych „pakietach pomocowych” dla banków i korporacji David Dayen z The American Prospect. Komentator ma rację tylko częściowo. Jesteśmy świadkami kolejnego ostentacyjnego przejawu globalnej grabieży permanentnej. Jak wyjaśnia w eseju z 12 stycznia br. ekonomista Steve Ludlum, jest ona niezmienną i podstawową cechą industrializmu napędzanego wzrostem. Socjopatyczni „kapitanowie przemysłu” okradli już z przyszłości złożone życie Ziemi – w tym uwarunkowane „masy pracujące”, swoich krewnych i siebie.

Elon Musk –„heroiczny innowator”.

Jedną z wielu kwestii, których nie potrafią wyjaśnić ekonomiści, jest sposób, w jaki ludzie pozyskują swoje fortuny. Można by pomyśleć, że w naszym przyjaznym kapitalistom systemie nie istnieje problem zrozumienia, skąd bierze się bogactwo. Popularna narracja sugeruje, iż miliarderzy są heroicznymi, wizjonerskimi innowatorami wymyślającymi produkty i usługi, z potrzeby posiadania których konsumenci nawet nie zdawali sobie sprawy. Oferują te cuda w ogromnych ilościach z zyskiem, bo wpływy ze sprzedaży przekraczają koszty produkcji. Gdy profitów jest dość, przedsiębiorcy nagradzają siebie luksusowymi autami, posiadłościami, uzależnieniem od egzotycznych narkotyków, kochankami itd. I zawsze płacą gotówką. Taką oto opowiastkę znajdziemy w doktrynie ekonomicznej opisanej szalenie szczegółowo przez Adama Smitha, Friedricha Hayeka i Johna Maynarda Keynesa. Jest ona kompletnym nonsensem.

Biorąc pod uwagę skalę, przedsiębiorstwa przemysłowe nie generują zysków, ponieważ nie mają takiej zdolności. Rzecz to oczywista: gdyby firmy były produktywne, nie miałyby długów, ponieważ ich spłatę zapewniałyby dochody biznesowe. Tymczasem ekspansja komercyjna niesie ze sobą niewyobrażalne wręcz spiętrzenie niespłaconych pożyczek – mówimy o metaforycznym Evereście setek bilionów dolarów. Na jego obsługę pozwala jedynie nieprzerwane zaciąganie dodatkowych zobowiązań i zmniejszanie tego obciążenia poprzez inflację.

Zaleganie z płatnościami lub repudiacja nie leczą zadłużenia – przenoszą obowiązek spłaty na osoby trzecie i samych pożyczkodawców.

Wszystkim ziemskim procesom towarzyszy entropia, o czym wygodnie milczy ekonomia głównego nurtu. Rzeczywista, fizyczna suma wkładów wszystkich sektorów gospodarki jest zawsze większa od sumy ich produktów. Bez względu na to, co robimy, zawsze są straty. Nawet wtedy, kiedy nie robimy niczego. Twierdząc, że jest odwrotnie, ekonomiści rozpowszechniają mit, który umożliwia rozmyślne wypaczanie i zaniżanie cen wkładów.

Przedsiębiorstwa przemysłowe są zasadniczo nierentowne, zatem dług służy „pozorowaniu” rentowności. Zadłużenie jest wszechobecne – stanowi „czynnik produkcji”, podobnie jak grunty czy praca. Monstrualny sektor finansowy musiał go stworzyć i nim zarządzać. Każdy rodzaj pieniądza jest długiem, nawet ten wydobyty spod ziemi czy zaszyfrowany na komputerze. Przekazywana gotówka to pożyczka udzielona komuś przez jakiś bank; może później trafiać z rąk do rąk setki razy jako dochód. Nie ma „inwestycji”, która nie zaistniała jako pożyczka.

Miliarderzy pożyczyli swoje fortuny, a do obsługi i spłaty tych świadczeń zaprzęgają osoby trzecie. Technicznym terminem, który określa ten proces, jest „kradzież”: Ja kupuję dom, ty płacisz… ale nie wolno ci w nim mieszkać. Dlaczego jest to możliwe? Po pierwsze prozaiczne zaciąganie długów pozwala przedsiębiorcom odprowadzić ich część na swoje konta. Po wtóre porządki społeczne są budowane wokół wspomnianych zbiorowych mitów o kompulsywnej wręcz mocy: micie o heroicznym innowatorze, micie o zyskownej dużej firmie, micie o efektywności technologii. W końcu porzucenie tych narracji stanowi poważne niebezpieczeństwo; co by się stało, gdyby ludzie przestali wierzyć w biznesmenów, moralną konieczność regulowania zobowiązań lub zdolność technologii do rozwiązania wszystkich problemów? (Nawiasem mówiąc, w przygotowaniu nie ma technologii regulującej zadłużenie.)

Konwencjonalny model bogactwa przyniósł korzyści kilku osobom. Spełniły one swoje ekscentryczne finansowe marzenia dzięki wynalazkom, masowej produkcji i sprzedaży. Ile ich było? O wiele mniej niż myślisz. Tylko wyjątkowe okoliczności mogły zrodzić fenomen Beatlesów. Powojenna demografia anglojęzycznego świata była sprzyjająca. Infrastruktura do produkcji mnóstwa płyt powstała na długo przed pierwszą próbą zespołu. Barier utrudniających debiut estradowy było niewiele: talent (bezpłatny dla jego posiadaczy), czas i przestrzeń do prób, koszt gitar i wzmacniaczy. Produkty, które sprzedawali muzycy, były niedrogie: pięć dolarów lub mniej za płytę długogrającą, dolar za „singiel” z dwoma utworami. Marketingiem były tanie lub darmowe emisje piosenek w telewizji i radiu, podyktowane szalonym popytem ze strony nastoletnich dziewcząt. Sprzedaż albumów nie wymagała zaciągania kredytu konsumenckiego, zespół nie musiał kupować ziemi, budować fabryk ani wyposażać ich w maszyny. Beatlesi sprzedali 600 milionów płyt LP za ponad 2 miliardów dolarów – prawa do publikacji, które dzierży Sony, są warte kolejne 3 miliardy. Wkładem członków kapeli był czas na pisanie i nagrywanie szlagierów.

Robert Lewandowski – marketingowy avatar konsumpcyjnego stylu życia.

Artyści estradowi, zawodowi sportowcy i gwiazdy świata rozrywki odnajdują się w modelu kapitalistycznym, ponieważ pełnią rolę marketingowych avatarów przemysłowego status quo i „stylu życia”. Nie wymyślają towarów i usług jako takich, tylko narracje racjonalizujące konsumpcję. Dostarczanie towarów i usług na skalę, która może przełożyć się na wielkie bogactwo, wymaga zainwestowania z góry znacznych środków w obiekty i sprzęt, zasoby ludzkie, badania i rozwój, zarządzanie, szkolenie i marketing. W przypadku towarów takich jak smartfony musi funkcjonować rozbudowana, droga infrastruktura wspierająca, w przeciwnym razie same aparaty byłyby bezużyteczne: niezbędne są stacje retransmisyjne, maszty telekomunikacyjne, centra danych, łącza światłowodowe; sieć elektryczna, części zamienne i ulepszenia, a także środki do ich transportowania.

Koleje wymagają taboru, torów i stacji rozrządowych. Samochody i ciężarówki nie przeprawią się bez dróg wylewanych za rządowe pożyczki, systemu zaopatrzenia i dystrybucji paliwa, ubezpieczenia i finansów konsumenckich oraz wojska, by terroryzowało ludzi za granicą. Każda z tych składowych – plus galaktyka fabryk je wytwarzających – musi być na swoim miejscu, zanim pierwszy produkt danej firmy znajdzie się w ofercie sprzedaży. Taką inwestycję warunkują pożyczki. Jeśli przedsiębiorstwa i ich infrastruktura są w stanie na siebie zarobić, to w jaki sposób zapewnią sobie dalszą ekspansję? Jeśli biznesmenowi brakuje produktów do sprzedaży, w jaki sposób pozyska na nie fundusze? Dodawanie nowych pieniędzy jest konieczne.

Gdyby Beatlesi najpierw musieli nabyć wydawnictwo muzyczne lub je założyć, kariery by nie zrobili. Musieliby zdobyć dziesiątki tysięcy funtów. Kto wręczyłby taką sumę czterem gołowąsom z Liverpoolu?

Przedsiębiorcy koncypują narracje mające nadmuchać oczekiwania społeczne. Faktyczne produkty lub usługi stają się dodatkami lub rekwizytami. Narracja jest zwykle warta więcej niż same dobra – rodzaj abstrakcyjnego zabezpieczenia oferowanego wierzycielom, którzy nie chcą „zostać w tyle” ani przegapić „następnej rewelacji”. Dla tych, którzy robią w car-sharingu, sztucznym mięsie lub mediach społecznościowych, interesem jest sama narracja. Potentaci pożyczają „do oporu” tak długo, jak modne są ich narracje – od inwestorów, funduszy venture capital, akcjonariuszy (bezpośrednio lub pośrednio) i własnych klientów. Czerpią też ze strumienia długów rządowych. Status i lewarowana pozycja bogaczy gwarantuje, że państwo poświęci niemal wszystko, by ich (pożyczone) bogactwo pozostało w stanie nienaruszonym.

Kiedy krezusi poszukają opcji spłaty swojego zadłużenia, w pierwszej kolejności biorą na cel swoich pracowników. Pieniądze nie przekazane podwładnym to środki, które można przekazać wierzycielom. Podobnie dzieje się ze środkami pracowników, którzy przepłacają za towary i usługi przedsiębiorców. Nasza gospodarka to po prostu system przesuwania kosztów: długi zaciągane przez bogatych stają się zobowiązaniami pracowników na całym świecie. Nawet ci ludzie, którzy wegetują na marginesie w tzw. „gospodarkach rozwijających się”, mogą podnieść się z ubóstwa tylko do pewnego pułapu. Większość z tego, co mogliby zarobić w idealnym świecie, zostaje im odebrane i oddane wierzycielom bogaczy… co zachęca tych ostatnich do dalszego „akumulowania” (pożyczania).

Proces zaciągania długów/kradzieży pozwala miliarderom na szybkie wzbogacenie się. Nie muszą tracić czasu na budowanie firmy i późniejsze zyski, które bez pożyczki nigdy by się nie zmaterializowały. Proces ten jest wykorzystywany przez dyktatorów i urzędników państwowych, brokerów i menadżerów funduszy hedgingowych, pospolitych przestępców i promotorów piramid finansowych. Oczywiście bogacze, którzy z tego czy innego powodu muszą spłacać swoje pożyczki, nie są już majętni. Magnatów nie obchodzi, kto dźwiga ciężar ich zobowiązań – ważne, że płatności są uiszczane.

Tylko o jednej grupie społecznej można powiedzieć, że prosperuje od początku tysiąclecia. Tworzą ją elity finansowe. Ich łączne aktywa stanowią około połowy światowego bogactwa. Ich zyski przewyższają pozostałe i zdają się rosnąć same z siebie. Trudno jest dostrzec, dlaczego finansiści nie obejdą się bez pomocy. Oczywiście są też uzależnieni od gospodarki przemysłowej jako całości, od niepewnych i niestabilnych rynków, a co najważniejsze, od sytuacji materialnej osób regulujących ich zobowiązania. Podczas gdy surowce naturalne planety są plądrowane, obywatele zarabiają coraz mniej, o czym świadczy malejąca przystępność cen paliw. Skoro ludzi nie stać na częstsze tankowanie, nie mogą spłacić długów swoich panów.

Trendy kosztów i cen ropy zmierzają w przeciwnych kierunkach.

Konsumenci ubożeją, a złoża paliwa wysokiej jakości, na którym opiera się cały przemysł, szczupleją i drożeją. Na wykresie z lewej czerwona linia ilustruje najwyższą cenę, jaką gospodarka może zapłacić bez zaciągania kredytu. Czarna linia reprezentuje koszty branży wiertniczej, które są w dużej mierze funkcją geologii i wyczerpywania rezerwuarów. Rosnący trend kosztów sugeruje, iż przemysł naftowy potrzebuje już co najmniej 120 dolarów za baryłkę, aby pokryć swoje wydatki. Z kolei trend cen pokazuje, że przy 70 dolarach za baryłkę w gospodarkę uderzy kolejny kryzys energetyczny / kredytowy. W miarę postępującego wyczerpywania się surowca różnica między kosztami a cenami zwiększa się. Oznacza to, że koncerny sięgają po następne pożyczki… a konsumenci tracą do nich dostęp. Deflacyjny sygnał cenowy, który powoduje zmniejszenie aktywności gospodarczej, utrzyma się. W pewnym momencie nawet baryłka za 20 dolarów będzie zbyt droga. Zanim ten punkt zostanie osiągnięty, mechanizm ustalania cen, na którym polegamy alokując zasoby, zepsuje się.

Miliarderzy wyglądają na bogatych. Są po prostu posiadaczami akcji swoich korporacji: Bill Gates ma akcje Microsoftu, Warren Buffett holdingu Berkshire-Hathaway, a Jeff Bezos Amazonu. Akcje są formą prywatnych pieniędzy. Podobnie jak zwykłe waluty, są to roszczenia pochodne do siły nabywczej, która sama w sobie jest roszczeniem do kapitału, czyli reszty nieodnawialnych surowców naturalnych Ziemi. W miarę wyczerpywania się tego naturalnego kapitału rośnie również wartość roszczeń, w tym pracy fizycznej reprezentowanej przez siłę nabywczą. Widziany w ten sposób, sam przemysł jest rodzajem „pieniędzy”, a jego nieodłączne marnotrawstwo zmierza w kierunku niewypłacalności. Jednak mit rentowności znajduje się w samym centrum ekonomii – kapitalizmu, a nawet marksizmu i samej industrializacji.

Bogacze są w pułapce, a my jesteśmy ich zakładnikami. Podważanie ich heroicznego mitu podkopuje samą gospodarkę przemysłową i wszystkich tych, których źródła utrzymania są od niej zależne. Tymczasem w tle nieustannie wyparowuje wartość roszczeń miliarderów – dzieje się to tuż pod ich nosami. Ostatecznie zostają im drobniaki: używane „imperialne wehikuły”, alimenty i nałogi. Te banalne i bezużyteczne symbole, rozrywki i marnotrawstwo, są prawdziwymi „produktami” industrializacji.

Beatlesi przynajmniej pozostawili po sobie parę miłych dla ucha piosenek.

Necker Island – wyspa miliardera Richarda Bransona.

Bogacze” to kolejna bańka, przejaw inflacji aktywów. Podobnie jak banki, miliarderzy są ściśle związani z reżimem kredytowym. Pozycja rynkowa tych ludzi jest tak rozległa, że jej redukcja lub zamiana w walutę byłaby równoznaczna z likwidacją. Połowa bogactwa świata znacznie przewyższa dostępne środki płynne. Jego konwersja mogłaby zrujnować system, dzięki któremu potentaci są potentatami. To dlatego Rezerwa Federalna wpompowała w ostatnim czasie setki miliardów dolarów w system bankowy. Beneficjentami tej zaaplikowanej działki są magnaci. To dlatego bankierzy centralni milczą.

Wpisy powiązane tematycznie: Globalna Elita Władzy, Najbogatsi planują ucieczkę, Technologiczne przesądy

Jeśli jest Pani/Pan subskrybentem/stałym czytelnikiem bloga i uznaje moją pracę za wartościową i zasługującą na symboliczne wsparcie, proszę rozważyć możliwość zostania moim Patronem już za 5 zł miesięcznie. Dziękuję.

Tłum. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Gospodarka, finanse, surowce i energia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.