Ocalone przed cierpieniem

the-hunger-by-david-r-wetzel-joseph-wetzel

„Głód”, Joseph Wetzel (2013)

Zacznę od tego, że nie piszę niniejszego eseju, by publicznie się biczować. Nie szukam też współczucia. Chcę wyrazić, w jakim stopniu zinternalizowałam powagę planetarnego wymierania i zainicjować rozmowę na temat osobistych poświęceń wobec koszmarnej przyszłości. Cóż z tego, że ostatecznie może to nie mieć znaczenia. Otwarte forum do dyskusji pozwoli niektórym z nas poczuć się mniej samotnie. W dzisiejszym świecie jawnie potępia się ludzi podejmujących decyzje w oparciu o przyszłość, której nie uznają i o której nie śmią wspomnieć najpotężniejsze podmioty (rządy, korporacje, instytucje akademickie, media etc.). Dzięki interakcji z osobami o podobnych poglądach dokonanie rozsądnych wyborów w obliczu szaleństwa może być łatwiejsze.

Od 2012 roku śledzę podsumowanie klimatycznych ustaleń badawczych. Nie pamiętam dokładnie, jak się na nie natknęłam, ale tak się stało i przedstawione informacje wstrząsnęły mną. Miały sens. Nie byłam jednak skłonna ślepo zrewidować swoich przekonań, bazując na dociekaniach jednego analityka. Przeprowadziłam własne dochodzenie. Oddałam się lekturze książek i artykułów, obejrzałam wywiady. Sporo czasu spędziłam czytając internetowe komentarze. Większość z nich to bzdury, ale w śmietniku tym kryło się kilka klejnotów. Przyjrzałam się też bardzo wnikliwie kondycji otaczających mnie realiów. Nic nie mogłam na to poradzić – wszystko, co ujrzałam krzyczało: NIE DO UTRZYMANIA. I wtedy postanowiłam, że swój namiot rozstawię – na dobre i na złe – w obozie „fatalistów”.

Od tego momentu moje podejście do codzienności uległo zasadniczej transformacji. Jako ktoś, kto przeszedł ciężkie chwile w wielu sferach życia, byłam zaznajomiona z poszukiwaniem pociechy w każdej sytuacji. Jednak świadomość, iż próby budowania bardziej tradycyjnej, akceptowanej społecznie egzystencji są daremne nasiliła moje hedonistyczne skłonności. Zaangażowałam się w wiele wątpliwych zajęć, ale byłam zadowolona. Wierzyłam, że moje podejście do życia jest względnie zrównoważone. Za bardzo obchodziło mnie dobro innych, by zatracić się w nieprzemyślanych zachowaniach. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Przejdę do sedna – minionego lata wpadłam. Mam 27 lat, jestem samotna, kończę uniwersytet. Moje zadłużenie studenckie wymknęło się spod kontroli, ojciec jest bankrutem. Nie uważam siebie za „dobry materiał na matkę”. Kiedy ochłonęłam po początkowym szoku wywołanym informacją o ciąży, mój stan emocjonalny zmienił się. Organizm zalały hormony. Ogarnęło mnie uczucie spokoju, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Chociaż zmagałam się z mdłościami i miażdżącym zmęczeniem, odczuwałam osobliwą troskę o rozwijające się we mnie nieplanowane życie. Ale nawet przy tych promieniujących od wewnątrz, kojących doznaniach, nie potrafiłam zignorować wniosków, które wyciągnęłam. Miałam wydać na świat dziecko, mimo przytłaczających dowodów, że nie będzie miało warunków, by żyć pełnią życia? Albo żyć w ogóle? Zadręczałam się. Uprawiałam gimnastykę psychiczną: Może postradałam zmysły i dowody są błędne? Może technologia naprawdę nas uratuje? Niestety (a może wręcz przeciwnie), nigdy nie byłam zdolna, by na długo poddać się myśleniu urojeniowemu. Wiedziałam, co muszę zrobić.

Kwadrans przed rozpoczęciem procesu przerwania ciąży miałam pierwsze i jedyne badanie USG. Wpatrywałam się tępo w sufit, kiedy lekarz poinformował mnie, że noszę w sobie bliźnięta. Wiadomość wzbudziła dwa przeciwstawne uczucia: jestem potworem niszczącym coś wyjątkowego; podjęta decyzja jest absolutnie słuszna. Wkrótce potem zabrano mnie na salę i wręczono pigułkę, która zatrzymuje produkcję progesteronu – hormonu kluczowego dla ciąży. Nie wahałam się. Połknęłam ją natychmiast i przesądziłam nasze losy. Drugi zestaw tabletek przyjętych nazajutrz przyniósł niewypowiedziany fizyczny ból, którego nigdy nie zapomnę i na który w pełni zasłużyłam. Tydzień później w moją nadal krwawiącą macicę wprowadzono wkładkę.

Refleksje o ciąży i jej usunięciu towarzyszą mi codziennie od miesięcy. Czuję głęboki smutek i żal, że byłam na tyle lekkomyślna i nieostrożna, by zajść w ciążę. Czuję w swoim sercu przeszywający ból, bo odrzuciłam niespodziewaną okazję, by zostać mamą. Co wieczór leżę w łóżku wypełniona rozpaczą i nienawiścią do samej siebie. Lecz po upływie dwudziestu minut zapala się światło. Pamiętam, jaki jest świat, i dokąd zmierza. Wiem, że zapobiegłam wkroczeniu dwóch istot w to popieprzone miejsce. W końcu mogę zasnąć.

E. Farber, 26 listopada 2015

Zaniepokojeni zmianą klimatu młodzi ludzie rezygnują z rodzicielstwa

Pierwsze poddane recenzji naukowej badanie, którego przedmiotem była kwestia prokreacji w obliczu zaburzenia klimatu, pokazało, iż zaniepokojeni młodzi Amerykanie nie decydują się na rodzicielstwo, ponieważ obawiają się, że ich potomstwo doświadczy klimatycznej apokalipsy. Wyniki anonimowej sondy z udziałem 600 osób w wieku od 27 do 45 lat zostały opublikowane 17 listopada 2020 r. w Climatic Change. Aż 96% respondentów wyraziło poważne lub skrajne zaniepokojenie związane z przyszłością swoich potencjalnych dzieci.

Pewna 27-letnia kobieta stwierdziła: Czuję, że nie mogę z czystym sumieniem powołać do życia dzieci i zmusić je do walki o przetrwanie w warunkach, które mogą być apokaliptyczne. Jeden z mężczyzn był zdania, iż horror zmiany klimatu będzie przypominał wojnę światową. Inna 31-latka przyznała: Zmiana klimatu jest dla mnie jedynym czynnikiem decydującym o rezygnacji z posiadania biologicznych dzieci. Chociaż bardzo zależało mi na macierzyństwie, nie chcę sprowadzić dzieci na umierający świat. Z kolei 40-letnia matka napisała: Żałuję, że mam dzieci. Jestem przerażona, że z powodu zmiany klimatu będą konfrontować się z końcem świata. Identyczny pogląd wyraziło aż 6% ankietowanych. Byłem zaskoczony, bo zdobycie się na taką szczerość nie jest dla rodziców rzeczą łatwą, skomentował podobne wyznania Matthew Schneider-Mayerson, kierownik zespołu badawczego.

Naukowcy nie odnotowali statystycznie istotnej różnicy między zapatrywaniami kobiet i mężczyzn (kobiety stanowiły trzy czwarte ogółu uczestników).

Tłum. exignorant

Ten wpis został opublikowany w kategorii Poza nadzieją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.